Rower elektryczny bez tajemnic. Co naprawdę warto wiedzieć przed zakupem e-bike’a
Rower elektryczny bez marketingowych mitów. Wyjaśniamy różnice między pedelecem a e-bike’em, napędy, baterie, realny zasięg, koszty, plusy i minusy. Praktyczny poradnik dla początkujących i niezdecydowanych.
Na początek najważniejsze rozróżnienie. W europejskim (i niemieckim) rozumieniu e-bike to rower ze wspomaganiem elektrycznym, które działa tylko podczas pedałowania i do prędkości 25 km/h. Moc silnika wynosi maksymalnie 250 W, a po przekroczeniu tej prędkości wspomaganie się wyłącza. Taki rower:
- nie wymaga prawa jazdy,
- nie wymaga rejestracji,
- nie wymaga kasku (choć jest zalecany),
- może poruszać się po ścieżkach rowerowych.
Wyżej są S-Pedelecs (do 45 km/h) – formalnie już motorowery, z tablicą, ubezpieczeniem i kaskiem. To zupełnie inna kategoria i inna odpowiedzialność. W tym artykule skupiamy się na klasycznych e-bike’ach 25 km/h.
E-bike w europejskim rozumieniu nie jest pojazdem samobieżnym. Silnik nie zastępuje pedałowania, a jedynie je wspomaga, i to tylko do prędkości 25 km/h. W praktyce oznacza to, że rower elektryczny nadal wymaga aktywności, ale aktywności bardziej równomiernej, przewidywalnej i – co ważne – mniej zależnej od wieku, masy ciała czy chwilowej formy. Właśnie dlatego e-bike tak dobrze sprawdza się zarówno u osób starszych, jak i u trzydziesto- czy czterdziestolatków, którzy po prostu nie chcą dojeżdżać do pracy spoceni albo rezygnować z jazdy pod wiatr.
Kluczowym elementem każdego roweru elektrycznego jest napęd, a dokładniej miejsce, w którym umieszczono silnik. Najbardziej rozpowszechnione i zarazem najbardziej dojrzałe technologicznie są dziś napędy centralne, montowane w suporcie, czyli w osi korby. Ich przewaga nie polega na samej mocy, lecz na sposobie, w jaki współpracują z rowerzystą. Silnik centralny „czyta” nacisk na pedały, reaguje na rytm jazdy i wykorzystuje przerzutki dokładnie tak, jak robiłby to mięsień nogi. Efekt jest zaskakująco naturalny: podjazd staje się lżejszy, ale nie sztuczny, a rower nie sprawia wrażenia, jakby był ciągnięty lub pchany przez niewidzialną siłę.
To właśnie dlatego systemy rozwijane przez firmy takie jak Bosch, Shimano czy Yamaha dominują dziś w segmencie rowerów trekkingowych i górskich. Nie dlatego, że są „najmocniejsze”, lecz dlatego, że oferują najlepszą kontrolę i najbardziej przewidywalne zachowanie w codziennej jeździe. Ceną za to jest większe zużycie napędu mechanicznego oraz wyższy koszt zakupu i serwisu, ale są to koszty, które ujawniają się dopiero po tysiącach kilometrów.
Alternatywą są silniki montowane w piaście tylnej. To rozwiązanie prostsze, tańsze i wciąż sensowne, szczególnie w rowerach miejskich. Taki silnik nie korzysta z przełożeń, pracuje bardziej jednostajnie i daje wyraźne uczucie „pchania” do przodu. Na płaskim terenie bywa to wręcz przyjemne, zwłaszcza przy spokojnej, codziennej jeździe. Ograniczenia pojawiają się dopiero w trudniejszych warunkach: na stromych podjazdach, na śliskiej nawierzchni zimą czy przy nagłych zmianach tempa. Nie jest to wada dyskwalifikująca, lecz cecha, którą trzeba świadomie zaakceptować.
Najmniej dojrzałym rozwiązaniem są silniki w piaście przedniej. Ich obecność na rynku wynika głównie z ceny, nie z zalet użytkowych. Rower prowadzony w ten sposób zachowuje się nienaturalnie, a przy złych warunkach pogodowych potrafi być zwyczajnie niebezpieczny. To jeden z tych przypadków, w których oszczędność na starcie niemal zawsze mści się później.
Drugim filarem e-bike’a jest bateria, czyli element, wokół którego narosło chyba najwięcej mitów. Marketing operuje kilometrami zasięgu, podczas gdy jedyną liczbą, która ma realne znaczenie, jest pojemność wyrażona w watogodzinach (Wh). To ona mówi, ile energii faktycznie mamy do dyspozycji. Rower z baterią 500 Wh może w sprzyjających warunkach przejechać ponad sto kilometrów, ale zimą, przy ciężkim rowerzyście i częstym korzystaniu z wysokiego wspomagania, ten sam dystans może stopnieć do połowy. Nie jest to wada technologii, lecz fizyka, której nie da się oszukać.
W praktyce baterie o pojemności około 500 Wh są wystarczające do codziennych dojazdów i jazdy miejskiej. Większe, rzędu 625–750 Wh, dają komfort psychiczny na dłuższych trasach i w terenie. Jeszcze większe sens mają głównie w ciężkich rowerach górskich, gdzie masa, opory i przewyższenia szybko pochłaniają energię. Warto przy tym pamiętać, że bateria najlepiej znosi umiarkowane użytkowanie: nie lubi głębokiego rozładowania, mrozu ani długiego przechowywania w pełni naładowanym stanie. Te drobne nawyki decydują o tym, czy po kilku latach nadal będzie sprawna.
Często pada pytanie o moc silnika, tymczasem w Europie jest ona prawnie ograniczona do 250 W. To, co naprawdę różni poszczególne napędy, to moment obrotowy. To on decyduje, czy ruszanie pod górę będzie płynne, czy nerwowe, i czy rower poradzi sobie z obciążeniem bez nadmiernego wysiłku ze strony użytkownika. Paradoksalnie, najwyższe wartości momentu obrotowego rzadko są potrzebne w mieście. Tam liczy się kultura pracy i przewidywalność, a nie brutalna siła.
Rynek e-bike’ów jest dziś pełen technologicznych dodatków: aplikacji, modułów GPS, alarmów, kolorowych wyświetlaczy. Część z nich realnie zwiększa komfort, inne są jedynie elektroniczną biżuterią. Oświetlenie zasilane z baterii, dobre hamulce hydrauliczne czy czytelny wskaźnik zasięgu mają znaczenie każdego dnia. Rozbudowane aplikacje i „inteligentne” tryby jazdy często okazują się ciekawostką używaną przez pierwsze tygodnie, a potem zapomnianą.
Wszystko to prowadzi do pytania o cenę. Rower elektryczny poniżej dwóch tysięcy euro niemal zawsze oznacza kompromisy, które ujawniają się szybko. Przedział od dwóch i pół do trzech i pół tysiąca euro to dziś rozsądne minimum dla sprzętu, który ma służyć latami. Powyżej tej granicy płaci się coraz częściej za detale, markę i estetykę, a nie za realny skok jakościowy. Nie oznacza to, że drogie e-bike’i są złym wyborem, lecz że warto wiedzieć, za co dokładnie się dopłaca.
Zimą rower elektryczny traci część zasięgu i wymaga odrobiny troski o baterię, latem z kolei trzeba pamiętać o temperaturze i długich podjazdach. W zamian oferuje jednak coś, czego nie daje ani samochód, ani klasyczny rower: regularność. Możliwość wyjścia z domu bez zastanawiania się, czy dziś „się chce” albo „czy się da”.
I właśnie w tym sensie e-bike nie jest ani modą, ani rewolucją. Jest narzędziem, które – dobrze dobrane – po prostu działa. A to, wbrew pozorom, wciąż jedna z najrzadszych cech współczesnej technologii.
Pedelec a e-bike – różnica, która wciąż powoduje nieporozumienia
W potocznym języku pojęcia e-bike i pedelec funkcjonują zamiennie, co jest zrozumiałe, ale technicznie nie do końca poprawne. Warto więc na chwilę wyjść poza marketingowe uproszczenia i uporządkować fakty, bo różnica między tymi kategoriami ma bardzo konkretne skutki prawne i praktyczne.
Pedelec (od Pedal Electric Cycle) to rower ze wspomaganiem elektrycznym, w którym silnik uruchamia się wyłącznie wtedy, gdy rowerzysta pedałuje. Wspomaganie ma charakter pomocniczy i jest ograniczone do prędkości 25 km/h, a maksymalna moc znamionowa silnika wynosi 250 W. Po przekroczeniu tej prędkości napęd elektryczny wyłącza się automatycznie i dalsza jazda odbywa się już wyłącznie siłą mięśni. To właśnie ta kategoria – zgodna z unijną definicją roweru – dominuje na europejskich drogach i ścieżkach rowerowych. Pedelec nie wymaga prawa jazdy, rejestracji ani ubezpieczenia OC, a jego użytkownik może korzystać z infrastruktury rowerowej na takich samych zasadach jak w przypadku klasycznego roweru.
Termin e-bike w sensie ścisłym oznacza natomiast pojazd, który może poruszać się z wykorzystaniem silnika bez konieczności pedałowania, często przy użyciu manetki lub przycisku. Takie konstrukcje – nawet jeśli wizualnie przypominają rowery – z punktu widzenia prawa są traktowane jak motorowery lub lekkie pojazdy elektryczne. Wymagają one rejestracji, ubezpieczenia, a nierzadko także posiadania odpowiednich uprawnień. Nie mogą poruszać się po ścieżkach rowerowych i podlegają innym przepisom niż rowery. W Niemczech i większości krajów UE klasyczne e-bike’i w tym rozumieniu spotyka się dziś rzadko właśnie ze względu na ograniczenia formalne.
Osobną kategorią pośrednią są S-Pedelecs, czyli szybkie pedelece, w których wspomaganie działa do 45 km/h. Technicznie nadal wymagają pedałowania, ale prawnie są już traktowane jak motorowery. Oznacza to obowiązek rejestracji, ubezpieczenia, noszenia kasku oraz zakaz korzystania z dróg rowerowych. To rozwiązanie skierowane głównie do osób dojeżdżających na dłuższych dystansach poza miastem, gdzie wyższa prędkość realnie skraca czas podróży.
W praktyce, jeśli w niemieckim sklepie kupujesz „rower elektryczny”, niemal zawsze masz do czynienia z pedelecem, nawet jeśli sprzedawca używa określenia e-bike. To bezpieczne i zgodne z przepisami rozwiązanie, które łączy zalety wspomagania elektrycznego z pełnym statusem roweru. Warto jednak znać te definicje, bo pozwalają uniknąć nieporozumień, rozczarowań – a czasem także problemów prawnych – szczególnie przy zakupie używanego sprzętu lub importowanego spoza Unii Europejskiej.
Rower elektryczny w liczbach i porównaniach – co naprawdę robi różnicę
Dla wielu osób momentem przełomowym nie jest opis technologii, lecz zestawienie faktów obok siebie. Dopiero wtedy widać, gdzie kończy się marketing, a zaczyna praktyka.
Klasyczny rower, pedelec, S-Pedelec – szybkie porównanie
| Cecha | Rower klasyczny | Pedelec (25 km/h) | S-Pedelec (45 km/h) |
|---|---|---|---|
| Wspomaganie | brak | tylko przy pedałowaniu | tylko przy pedałowaniu |
| Maks. prędkość wspomagania | – | 25 km/h | 45 km/h |
| Moc silnika | – | do 250 W | do 500 W |
| Status prawny | rower | rower | motorower |
| Rejestracja / OC | nie | nie | tak |
| Ścieżki rowerowe | tak | tak | nie |
| Kask obowiązkowy | nie | nie | tak |
Ten prosty podział pokazuje, dlaczego zdecydowana większość użytkowników wybiera pedelece. Dają realne wsparcie, nie zmieniając roweru w pojazd objęty dodatkowymi obowiązkami.
Moment obrotowy kontra zasięg – kompromis, którego nie widać w reklamach
Jednym z mniej oczywistych zależności jest relacja między wysokim momentem obrotowym a zużyciem energii. Silniki o dużej „sile ciągu” kuszą łatwością ruszania i podjazdów, ale w praktyce:
-
zużywają więcej energii przy dynamicznej jeździe,
-
szybciej obciążają napęd mechaniczny,
-
rzadko są w pełni wykorzystywane w ruchu miejskim.
Dla przeciętnego użytkownika miejskiego umiarkowany moment obrotowy i większa bateria często dają lepszy efekt końcowy niż „najmocniejszy silnik w klasie”.
| Moment obrotowy (Nm) | Typowe zastosowanie |
|---|---|
| 40–50 Nm | Jazda miejska, spokojne tempo, płaskie trasy, krótkie dojazdy. |
| 60–70 Nm | Rowery trekkingowe i SUV, codzienne dojazdy, lekkie podjazdy. |
| 80–90 Nm | Góry, e-MTB, ciężkie rowery, strome podjazdy i jazda w terenie. |
Położenie silnika w rowerze elektrycznym wpływa na sposób jazdy, trakcję i koszty eksploatacji.
Napęd centralny zapewnia najbardziej naturalne prowadzenie i najlepiej sprawdza się na podjazdach oraz dłuższych trasach, kosztem wyższej ceny i większego obciążenia napędu. Silnik w piaście tylnej to kompromis między ceną a komfortem w jeździe miejskiej i trekkingowej, natomiast napęd w piaście przedniej pozostaje rozwiązaniem najprostszym i najtańszym, coraz rzadziej stosowanym w markowych konstrukcjach.
| Typ silnika | Zalety | Wady |
|---|---|---|
| Silnik centralny (w suporcie) | Naturalne odczucie jazdy, bardzo dobra trakcja dzięki centralnemu położeniu masy, dobre zachowanie na podjazdach i długich trasach. Silnik współpracuje z przerzutkami i reaguje na siłę pedałowania. | Wyższa cena zakupu oraz szybsze zużycie napędu mechanicznego, co przekłada się na wyższe koszty serwisowe. |
| Silnik w piaście tylnej | Cicha praca, wyraźne „pchanie” do przodu, mniejsze obciążenie łańcucha. Dobrze sprawdza się w jeździe miejskiej i trekkingowej. | Gorsze wyważenie roweru, trudniejsza obsługa serwisowa tylnego koła oraz słabsza reakcja na stromych podjazdach. |
| Silnik w piaście przedniej | Niska cena i prosta konstrukcja, często spotykany w najtańszych modelach i zestawach konwersyjnych. | Nienaturalne prowadzenie, gorsza przyczepność na śliskiej nawierzchni oraz ograniczona kontrola. Coraz rzadziej stosowany w markowych rowerach. |
Masa roweru – temat, który wychodzi dopiero po zakupie
W katalogach masa e-bike’a bywa traktowana po macoszemu, a to jeden z kluczowych parametrów codziennego komfortu.
| Typ roweru | Typowa masa |
|---|---|
| Lekki miejski pedelec | 20–23 kg |
| Trekking / SUV | 24–28 kg |
| E-MTB full suspension | 25–30 kg |
Różnica kilku kilogramów:
-
nie ma dużego znaczenia podczas jazdy z włączonym wspomaganiem,
-
ma ogromne znaczenie przy wnoszeniu po schodach, stawianiu na bagażnik, manewrowaniu w piwnicy czy garażu.
To jeden z powodów, dla których część użytkowników po czasie rezygnuje z bardzo ciężkich konstrukcji.
Realne koszty eksploatacji – o tym rzadko się mówi
Rower elektryczny jest tani w użytkowaniu, ale nie jest bezkosztowy. W perspektywie kilku lat warto brać pod uwagę:
| Element | Częstotliwość | Orientacyjny koszt |
|---|---|---|
| Łańcuch | co 2–4 tys. km | niski |
| Kaseta / zębatki | co 5–10 tys. km | średni |
| Klocki hamulcowe | zależnie od stylu jazdy | niski |
| Bateria (po latach) | 5–8 lat | wysoki |
Najdroższym elementem pozostaje bateria, ale przy rozsądnym użytkowaniu jej wymiana pojawia się zwykle dopiero po wielu sezonach. W przeliczeniu na kilometr e-bike nadal wypada znacznie taniej niż samochód czy skuter.
Bateria – czyli realny zasięg zamiast obietnic z folderu
W przypadku rowerów elektrycznych marketing najczęściej rozmija się z praktyką właśnie przy baterii. Jedyną liczbą, która realnie ma znaczenie, jest pojemność wyrażona w watogodzinach. Akumulatory o pojemności 400–500 Wh sprawdzają się w codziennych dojazdach, zakres 625–750 Wh daje wyraźny komfort na dłuższych trasach, a wartości powyżej 800 Wh mają sens głównie w ciężkich rowerach terenowych i w górach.
Realny zasięg niemal zawsze odbiega od katalogowego. Zimą potrafi spaść nawet o kilkadziesiąt procent, podobnie jak przy ciągłym korzystaniu z najwyższego trybu wspomagania, niskim ciśnieniu w oponach czy częstym ruszaniu z miejsca. O trwałości baterii decyduje nie tylko jej pojemność, lecz także sposób użytkowania – przechowywanie w dodatnich temperaturach i unikanie skrajnych warunków ma większe znaczenie niż obietnice producentów.
| Pojemność baterii (Wh) | Typowe zastosowanie | Realny zasięg |
|---|---|---|
| 400–500 Wh | Miasto, codzienne dojazdy, krótkie trasy. | 60–120 km (miasto) |
| 600–750 Wh | Trekking, dłuższe wycieczki, zapas komfortu. | 50–90 km (trasy mieszane) |
| 800 Wh i więcej | Ciężkie e-MTB, góry, duże obciążenie. | 40–70 km (góry / zima) |
W praktyce warto zostawiać zapas energii i nie rozładowywać baterii do zera, ponieważ regularna jazda „do końca” skraca jej żywotność.
Dla kogo jaki rower elektryczny? Cztery realne scenariusze
Osoba poruszająca się głównie po mieście, na dystansach kilku–kilkunastu kilometrów dziennie, rzadko potrzebuje dużej mocy czy ekstremalnej baterii. W jej przypadku kluczowe są płynność jazdy, łatwość manewrowania i komfort przy częstym zatrzymywaniu się. Lekki pedelec z umiarkowanym wspomaganiem i dobrą widocznością w ruchu ulicznym sprawdzi się lepiej niż rozbudowany „SUV na dwóch kołach”.
Inny zestaw potrzeb ma ktoś, kto dojeżdża do pracy kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów w jedną stronę. Tutaj e-bike staje się narzędziem transportowym, a nie rekreacyjnym. Liczy się stabilność, przewidywalny zasięg, dobre oświetlenie i odporność na pogodę. W tym segmencie rowery trekkingowe z centralnym napędem zdobyły popularność nie dlatego, że są modne, lecz dlatego, że są praktyczne.
Jeszcze inna historia to użytkownicy rekreacyjni, którzy chcą jeździć dalej niż dotąd, ale bez ambicji sportowych. Dla nich rower elektryczny jest sposobem na wydłużenie wycieczek, a nie na ich przyspieszenie. Tu najlepiej sprawdzają się konstrukcje z wyważonym wspomaganiem i dużą baterią, pozwalającą zapomnieć o zasięgu i skupić się na samej jeździe.
Na końcu są osoby, które traktują e-bike’a jako sprzęt sportowy – w terenie, w górach, na technicznych trasach. To najmniejsza, ale najbardziej wymagająca grupa. Tu liczy się nie tylko moc, lecz także jakość zawieszenia, hamulców i odporność całej konstrukcji. W tym segmencie kompromisy mszczą się najszybciej.
Checklista do sklepu rowerowego – pytania, które warto zadać przed zakupem
Dobrze przygotowany klient rzadko wychodzi ze sklepu z nietrafionym zakupem. Zamiast pytać wyłącznie o zasięg i moc, warto dowiedzieć się, jak dany model zachowuje się przy codziennym użytkowaniu. Jak często producent zaleca serwis napędu? Czy bateria jest łatwo wyjmowana i ile realnie kosztuje jej wymiana po kilku latach? Jak wygląda dostępność części za pięć czy siedem sezonów?
Warto też zapytać o aktualizacje oprogramowania silnika i wyświetlacza. Wbrew pozorom to nie detal – w nowoczesnych e-bike’ach sposób dozowania mocy i kultura pracy napędu potrafią zmienić się znacząco po aktualizacji. Równie istotne jest dopasowanie roweru do użytkownika: możliwość regulacji pozycji, doboru mostka czy kierownicy często ma większy wpływ na komfort niż kolejny tryb wspomagania.
Na koniec dobrze jest zadać pytanie, które rzadko pojawia się przy pierwszym zakupie: czy ten rower nadal będzie wygodny za pięć lat? Jeśli odpowiedź brzmi „tak”, a nie „jest najnowszy”, to znak, że decyzja została podjęta z rozsądku, a nie pod wpływem chwili.
Technologie: co jest przydatne, a co jest gadżetem?
| Kategoria | Technologie i rozwiązania |
|---|---|
| Przydatne | Czujnik momentu nacisku zapewniający płynną jazdę, wyświetlacz pokazujący realny zasięg, dobre hamulce hydrauliczne, oświetlenie zasilane z baterii roweru, zdejmowana bateria umożliwiająca ładowanie w domu. |
| Miłe, ale niekonieczne | Aplikacje w smartfonie, GPS i alarm, kolorowe wyświetlacze, automatyczne skrzynie biegów. |
| Marketingowy szum | Hasła o „AI w jeździe miejskiej”, ekstremalne tryby wykorzystywane sporadycznie lub wcale, futurystyczne kokpity kosztem ergonomii i czytelności. |
Jednym z paradoksów rynku e-bike’ów jest to, że im droższy zakup, tym częściej bywa on podejmowany impulsywnie. Wielu nowych użytkowników zaczyna od wyboru „najmocniejszego” modelu, zakładając, że zapas mocy zawsze będzie zaletą. W praktyce prowadzi to do zakupu ciężkiego i drogiego roweru, którego potencjał nigdy nie jest wykorzystywany, za to jego masa oraz koszty serwisu szybko dają się we znaki w codziennym użytkowaniu.
Równie częstym błędem jest skupienie się wyłącznie na zasięgu deklarowanym przez producenta. Dane katalogowe odnoszą się niemal zawsze do warunków laboratoryjnych: lekkiego rowerzysty, płaskiej trasy, wysokiej temperatury i niskiego poziomu wspomagania. W realnym świecie znacznie ważniejsze od „magicznych 150 kilometrów” jest to, jak rower zachowuje się na krótkich, codziennych dystansach – z bagażem, w deszczu i przy częstym ruszaniu spod świateł.
Wielu kupujących lekceważy też znaczenie geometrii i ergonomii, traktując e-bike’a wyłącznie jako nośnik silnika i baterii. Tymczasem źle dobrana rama, kierownica czy siodełko potrafią skutecznie zniechęcić do jazdy nawet przy najlepszym napędzie. To jeden z powodów, dla których część niemal nowych rowerów elektrycznych szybko trafia na rynek wtórny.
I na koniec: Ile to obecnie kosztuje?
Ceny rowerów elektrycznych są dziś jednym z najbardziej mylących elementów rynku, bo różnice w kwotach nie zawsze idą w parze z realną różnicą w jakości jazdy.
Najtańsze e-bike’i zaczynają się od około 1 500–2 000 euro i kuszą na papierze przyzwoitymi parametrami, ale w praktyce oszczędności dotyczą napędu, baterii i osprzętu – czyli elementów, które zużywają się najszybciej. To propozycje do okazjonalnych dojazdów, nie do intensywnego użytkowania.
Przedział 2 500–3 500 euro to dla wielu użytkowników najrozsądniejszy punkt wejścia. W tej cenie pojawiają się markowe napędy centralne, sensowna pojemność baterii i hamulce, które faktycznie radzą sobie z masą roweru. To poziom, za który realnie się płaci: trwałość, przewidywalne prowadzenie i dostęp do serwisu.
Drożej – 4 000–6 000 euro – zaczynają się rowery, w których płaci się za specjalizację: lekką ramę, większą baterię, zawieszenie lub wysoki moment obrotowy do jazdy w górach. To uzasadnione, jeśli rower faktycznie ma pracować w terenie albo pod dużym obciążeniem. W jeździe miejskiej te różnice często pozostają niewykorzystane.
Powyżej tej granicy coraz częściej w grę wchodzi przepłacanie. Wysokie ceny bywają efektem:
-
prestiżu marki,
-
designerskich ram,
-
rozbudowanych aplikacji i elektroniki,
-
rozwiązań, które dobrze wyglądają w folderze, ale niewiele zmieniają w codziennej jeździe.
Warto pamiętać, że w e-bike’u nie płaci się tylko za silnik. Cena obejmuje baterię, osprzęt, hamulce, ramę i zaplecze serwisowe. Dopłacanie ma sens wtedy, gdy kupuje się funkcję, z której będzie się korzystać, a nie wtedy, gdy płaci się za obietnicę „lepszości”, która nigdy nie zostanie sprawdzona poza katalogiem.
Jakie jest Twoje zdanie?
Lubię
0
Nie lubię
0
Świetne
0
Śmieszne
0
Wnerwia
0
Smutne
0
Wow
0



